„Obrazki z …”
Muzyka jest w moim życiu, odkąd pamiętam. Ojciec, obdarzony słuchem absolutnym, zadbał o muzyczne wykształcenie córki.
Nauka w szkole muzycznej, regularne wizyty w filharmonii i operze były moją codziennością.
„Obrazki z wystawy” Modesta Musorgskiego są moimi ulubionymi miniaturami muzycznymi. Musorgski skomponował je pod wrażeniem pośmiertnej wystawy obrazów swego przyjaciela. W ten sposób połączył malarstwo z muzyką. Poszczególne miniatury oddziela i jednocześnie łączy powtarzający się motyw ilustrujący przechodzenie od obrazu do obrazu.
Życie zawodowe lekarza również składa się z obrazków.
Obrazek pierwszy.
Szpital położony na wzniesieniu, otoczony gęstym lasem. Podjazd obsadzony kwiatami. Wyglądało to czarodziejsko.
Usytuowany na najwyższym piętrze blok operacyjny z olbrzymimi oknami i widokiem na Warszawę. O świcie można było obserwować wschody słońca. Wschód słońca jest pięknym zjawiskiem. Dla mnie zwiastował koniec dyżuru po całonocnej pracy. Tych wschodów przez pięć lat oglądałam całkiem sporo.
Były to czasy pracy z lekarzami, których dorosłe życie zaczęło się przed wojną. Każdy z nich miał swoją historię, której my młodzi nie znaliśmy. Przeżycia wpływały na ich zachowania.
Na przykład Maria. Była w AK i walczyła w Powstaniu Warszawskim. Po kapitulacji trafiła do Stalagu X B Sandbostel, niemieckiego obozu jenieckiego dla żołnierzy i podoficerów wielu narodowości. Położony był na bagnistym terenie, w wilgotnym i zimnym klimacie. W październiku 1944 roku pojawili się tam jeńcy-żołnierze AK, w tym ponad 1000 kobiet. Stalag XB był jednym z najgorszych obozów. Więźniowie wymierali masowo – przede wszystkim z głodu i zimna. Pod koniec kwietnia 1945 roku obóz wyzwoliły wojska brytyjskie.
Maria zawsze chowała na dyżurze dodatkowe jedzenie za firanką. Musiała mieć zapas, bo panicznie bała się głodu, który był jej najgorszym wojennym doznaniem.
P Po wojnie była jedną z pierwszych osób szkolonych przez pioniera polskiej anestezjologii, doc. Mieczysława Justynę.
Stosunek moich nauczycieli do pracy był bardzo poważny. Uczono nas, że odbierając świadomość pacjentowi, stajemy się jego rzecznikiem i obrońcą. Nie były to frazesy. Już nigdy później nie spotkałam się z takim przekazem.
Na stażu ginekologicznym w jednej z warszawskich klinik anestezjolog zademonstrował znieczulenie eterem za pomocą starego aparatu Chirana. Nowe na ogół nie posiadały już parowników eterowych. Wybrał młodą, zdrową kobietę do prostej operacji ginekologicznej. Kobieta spała po operacji aż do następnego dnia pod zmieniającym się nadzorem salowych, pielęgniarek i dyżurnego anestezjologa. Nie było sali wybudzeniowej, zatem ustawiono wózek z chorą na korytarzu bloku operacyjnego. Cały czas wydychała z siebie eter i śmierdziało nim niemiłosiernie. Nie będę przytaczała, jak na to zareagował rano szef kliniki.
Kiedyś „kapały” eter pielęgniarki, często zakonne, i delegowani do tej niewdzięcznej roli mało sprawni adepci chirurgii. To były początki. Później wszystko się zmieniło wraz z niesamowitym rozwojem anestezjologii. Jeszcze w latach siedemdziesiątych na blokach operacyjnych starych szpitali błąkały się maski Schimmelbuscha stosowane podczas znieczulenia eterowego przed epoką aparatów do znieczulenia.
Uczono mnie w trybie mistrz – uczeń. Zwykle kierownikiem specjalizacji był szef lub starszy kolega z drugim stopniem specjalizacji. Po szkoleniu, które nie miało z góry określonej długości i polegało między innymi na obserwacji pracy mistrza i zadawaniu mu tysięcy pytań, było się dopuszczonym do samodzielnej pracy. Mimo to mistrz siedział cały czas na sali i wszystko obserwował, wytykając na bieżąco błędy. Na koniec ustawiało się pracę mistrza i ucznia na sąsiednich salach, aby w razie potrzeby pomoc była natychmiastowa. Jeżeli mistrz opuszczał na chwilę swoje stanowisko, mówił, gdzie będzie. Prawdziwym wyzwoleniem i potwierdzeniem przydatności do zawodu było zdanie egzaminu na pierwszy stopień specjalizacji. Trwało to około dwóch lat.
Niektórzy adepci zniechęcali się i sami rezygnowali, a czasami z nich rezygnowano.
Obrazek drugi.
Przejście do szpitala wieloprofilowego było niezbędne dla zdobycia drugiego stopnia specjalizacji. Trzy chirurgie, dwie ginekologie z położnictwem i kilka innych specjalności zabiegowych to raj dla uczącego się młodego anestezjologa. Szefowie oddziałów byli mistrzami w swoich dziedzinach. Bardzo dużo młodych, uzdolnionych operatorów. Mieli się od kogo uczyć. Kobiety z bardzo silną pozycją na chirurgiach i ginekologiach. Maria, Jadwiga, Elżbieta, dwie Ele na ginekologii, Beata. Szanowali je bardzo szefowie i młodzi chirurdzy. Operowały fantastycznie i chętnie szkoliły młodych. Dyżur z nimi był czystą przyjemnością. Dobra diagnostyka, szybkie decyzje i logiczna organizacja pracy. Chirurdzy zawsze mówili ,że operuje się głową. Ale jak nie ma odpowiedniej sprawności manualnej, to sama głowa niczego nie zdziała. A one były bardzo sprawne. Na pewno nie było w tamtym czasie w szpitalu „zjawiska Matyldy”, która to nazwa symbolizująca niedocenianie roli kobiet w nauce i badaniach naukowych zaczęła funkcjonować w świadomości ludzi w latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia. O nie! Kobiety te nie działały na polu naukowym, ale praktycznym. Siłą rzeczy szpital miejski wieloprofilowy ze stałym ostrym dyżurem kształcił praktyków. Przekonałam się o tym, rozmawiając z ówczesnym szefem warszawskiej anestezjologii. Usłyszawszy o mojej chęci robienia doktoratu, aż zachłysnął się herbatą. Tak obca to była myśl w stosunku do lekarza ze szpitala miejskiego. W dodatku kobiety.
Nie było animozji między anestezjologami i chirurgami. Bywaliśmy u siebie w domach, wspólnie obchodziliśmy imieniny i święta. Praca była ciężka, ale ciekawa i różnorodna.
W szpitalach szwedzkich, niemieckich, duńskich i w innych krajach zachodniej Europy brakowało anestezjologów. Chętnie przyjmowano do czasowej pracy Polaków. Zamiast na wakacje jechało się na saksy. Koledzy ustawiali się w ten sposób finansowo, ale jednocześnie podpatrywali organizację pracy i metody znieczulenia. Wyjeżdżało wielu lekarzy również ze szpitali klinicznych, a właściwie szczególnie ze szpitali klinicznych. Myślę ,że było to jednym z powodów odczarowania specjalizacji i zauważenia, że jest ona ważna. Innych nie chciano, a anestezjologów tak.
Widziałam to po własnej rodzinie, z jakim zdziwieniem przyjęto mój wybór specjalizacji. Ojciec zrozpaczony. Ginekolog, laryngolog, okulista – wiadomo, co robią. Anestezjolog to coś bardzo dziwnego, nawet wymówić trudno. Chorzy nigdy nie dziękowali za znieczulenie, bo często nawet nie uświadamiali sobie, że znieczula ich lekarz. Pielęgniarka wkłuwała się do żyły a reszta działa się poza świadomością operowanego.
Osobną dziedziną , która rozwijała się dynamicznie była intensywna terapia. Praca ta należała do najtrudniejszych. Do leczenia na intensywnej kwalifikowane były najcięższe przypadki. Chorzy przebywali na OIOM-ie dosyć długo, a wielokrotnie bardzo długo. Personel przywiązywał się do chorych. Było to bardzo obciążające psychicznie.
Aby oszczędzić sobie cierpienia, nie należy się przywiązywać do nikogo i niczego. Popełnianie błędu nadmiernego przywiązania rodzi nieuchronnie ból. Mimo, że większość ludzi o tym wie, ciągle popełnia te same błędy, czyniąc swoje życie nieznośnym. Okiełzanie tego uczucia jest trudne. Ludzie przywiązują się do filiżanki, psa, mieszkania, serialu w TV, konkretnego jedzenia i tysiąca innych rzeczy. Pozbawienie ich którejkolwiek rodzi rozpacz i ból. Efektem jest uczucie nieszczęścia. Oprócz codziennych uciążliwości i ten aspekt stanowił wielki problem dla pracowników OIOM-u. Dziewczyny niekiedy chodziły na pogrzeby pacjentów.
Dodatkowych wrażeń dostarczali nam podopieczni oddziału toksykologii. Samobójcy, ofiary niewiedzy i pomyłek, alkoholicy. Arszenik, płyn TRI, piana gaśnicza, borygo, metanol, grzyby to tylko niektóre z przyczyn zatruć, niejednokrotnie śmiertelnych. Leczenie było trudne i często nieskuteczne ze względu na niewydolność zniszczonych przez truciznę narządów miąższowych.
Wiedza, którą zdobyłam przez prawie dwadzieścia lat pracy w tym szpitalu przydawała mi się wielokrotnie i przydaje do dzisiaj. To, czego mi brakowało to torakochirurgia i kardiochirurgia, płuca i serce. I stało się. Po wielu perturbacjach zaczęłam pracę na … torakochirurgii.
Obrazek trzeci.
I znowu zetknięcie z historią. Justyna, Mlekodaj, Otto. Wszyscy tworzący podwaliny współczesnej medycyny. Ludzie renesansowi, wielu zainteresowań i umiejętności. Każdy z trudną historią osobistą. Operowali znakomicie. Doc. Mieczysław Justyna, jeden z pierwszych polskich anestezjologów, to historia sama w sobie. Wprowadził mnie w arkana znieczulenia do operacji płuc i śródpiersia. Prof. Otto wykonywał również niektóre operacje kardiochirurgiczne, przeważnie reoperacje wad zastawkowych. Ciekawostką były operacje usunięcia grasicy u miasteników. Technicznie proste, ale ze specyficznym znieczuleniem i postępowaniem okołooperacyjnym.
Na szkolenie z kardioanestezji wysłano mnie do profesorów Bochenka i Wosia do Katowic- Ochojca. Katowice o poranku w październiku pachniały tak samo jak Londyn w lutym. W obu miastach byłam na szkoleniu i rano biegłam na zajęcia. Panowie profesorowie przemili. Kilka lat później prof. Woś był jednym z recenzentów mojego doktoratu.
Doc. Justyna często opowiadał o dawnych czasach, o ludziach, których znałam tylko z kartek podręczników. Oni byli dla niego nauczycielami, kolegami. Jednych lubił, innych nie i tych w swoich opowieściach nie oszczędzał. Chyba wolał, że na jego miejsce przyszła dziewczyna a nie chłopak. Łatwiej było mu znieść, że po dziesiątkach lat pracy nie jest już niezbędny. Operacje płuc powiązane z koniecznością częściowego ich wyłączania stanowiły pewną odmienność, ale największym przeżyciem były operacje serca w krążeniu pozaustrojowym. I tu doc. Justyna udzielił mi wielu cennych rad.
W pracy układy i układziki. Ten nie lubi tego, tamta innego. Mikroświatek. I w tym mikroświecie wzajemnych układów i interesów prawdziwa gwiazda – Stella Fronczak. Starsza Pani przepięknej urody, ogromnej wiedzy i kultury. Była prawdziwą opoką dla wszystkich naukowców. W bibliotece spotykali się profesorowie, studenci, doktoranci, piszący prace lekarze. Tygiel. A Stella z wdziękiem i taktem doradzała wszystkim. Śledziła piśmiennictwo na bieżąco. Potrafiła wyszukać odpowiedni artykuł, sprowadzić trudną do zdobycia książkę. Fenomen. Wszystkich traktowała równo. No bo cóż to dla niej za ważna figura, jakiś habilitowany czy nawet profesor, jak pomagała mu szukać artykułów do pierwszych publikacji. Dla niej to wszystko były dzieciaki. Jej dzieciaki. Stellę znał cały bibliotekarski naukowy świat i to nie tylko z Warszawy.
Obrazek czwarty.
Dziesięć ostatnich lat pracy klinicznej. Kardiochirurgia.
Mordercza praca trudna do zniesienia dla młodych. Dla ludzi po pięćdziesiątce bardzo trudna i wyczerpująca fizycznie. Nie było lekkich dyżurów. Od rana operacje planowe. Wiadomo, kiedy się zaczynały, ale końca nie można było ustalić, bo był nieprzewidywalny i zależny od wielu czynników, na które anestezjolog nie miał wpływu. Zasada, kto zaczyna ten kończy respektowana prawie w 100%. Ewentualna zmiana możliwa na ogół tylko przy szyciu skóry. Nerwowo. Napięcie między chirurgami. Jak niepowodzenie, to najlepiej zrzucić na anestezję, nawet jak by-passy wszyło się pod prąd. A jak udało się przeprowadzić ciężkiego pacjenta przez operację i wszystko się dobrze kończyło, satysfakcja nie równała się z niczym innym. Praca totalnie wyniszczająca przez zaburzenie fizjologicznego snu, zniesienie pór posiłków, nadmierne stosowanie kawy dla utrzymania się w jakiejś świadomości np. po kilkunastu czy kilkudziesięciu godzinach ciągłej pracy. W barach szpitalnych koszmarne pierogowo-naleśnikowe jedzenie niedające siły tylko glukozę, która i tak z powodu ciągłego stresu szalała razem z insuliną.
Ale to było dobre, że na kardiochirurgii podczas narkozy nie stosowało się innych gazów niż powietrze i tlen. Personel nie wdychał podtlenku azotu, halotanu itp. Był to koszmar pierwszych lat pracy, gdzie gazy leciały po prostu na salę operacyjną. Później anestezjolodzy zorientowali się, że coś trzeba z tym zrobić, bo w wolnym czasie głównie spali. Wielu nie mogło spłodzić dzieci i zalecano im próby po miesięcznym wypoczynku i odstawieniu od gazów anestetycznych.
Zaczęto samodzielnie konstruować zestawy rur wyprowadzających gazy anestetyczne za okno. W dzisiejszych czasach brzmi to jak horror.
Aparaty do znieczulenia początkowo nie były wyposażone w respiratory. Wentylowało się chorych ręcznie, workiem. Kilka czy nawet kilkanaście lat uciskania worka spowodowało, że straciłam linie papilarne. Wytarły się. Stare aparaty do znieczulenia nie miały alarmu braku dopływu tlenu, co stanowiło wielkie zagrożenie dla znieczulanego. Lekarz i pielęgniarka anestezjologiczna musieli cały czas śledzić ciśnienia gazów w butlach przypiętych do aparatu. Istniało stanowisko tleniarza, który pełnił stały dyżur i zmieniał na wezwanie butle na sali operacyjnej. Później wyrzucono je z sali do pomieszczenia na bloku operacyjnym a następnie powstały zbiorniki gazów medycznych poza budynkiem szpitala. Tak jak dzieci mówią, że pieniądze są z bankomat , tak tu można mówić, że gazy są ze ściany.
W różnych specjalnościach zabiegowych istniały slangi. Niektóre określenia były bardzo śmieszne. Np. okulistyka miała swoje „ślimaczki”. Operacje na okulistyce to piękno samo w sobie. Miałam wrażenie, że uczestniczę w operacjach „na niby”, ponieważ nie widziałam pola operacyjnego ani nici. Operator wykonywał ruchy imadłem, w którym, miałam wrażenie, niczego nie trzymał. „Ślimaczek” był synonimem gazika ze standardowej chirurgii i składał się z kilku gazowych nitek. Piękne.
W kardiochirurgii królowało słowo pustota. Opustoszał, podlej go, przepełniony, pusty. Do tej pory używam tego określenia w różnych sytuacjach.
Samo znieczulenie było nudne. Duże dawki leków p/bólowych, zwiotczenie, tlen z powietrzem, czasami sam. Clou stanowiło rozszerzone monitorowanie. Ciągły pomiar ciśnienia tętniczego metodą bezpośrednią, gazometria tętnicza, pomiary rzutu serca, ciągły pomiar diurezy i standardowo EKG dawały dobry wgląd w hemodynamikę operowanego. Jak na dłoni widziało się, czy chory dobrze „śpi”, i czy go przypadkiem nie boli. Po jakimś czasie krążenie pacjenta stawało się dla anestezjologa jakby przezroczyste. W wyobraźni widziało się cały ten układ naczyń i pompy przy wychodzeniu z krążenia. Ten, komu ta wyobraźnia nie dopisywała, kulał zawodowo. To był zaawansowany okres pracy, gdzie współpraca między operatorem, anestezjologiem i perfuzjonistą przebiegała bez słów. Każdy obserwował swoje monitory i odpowiednio reagował. Najważniejszy etap operacji kończyły słowa operatora „pompa stop”. Wprowadzane stopniowo operacje bez krążenia pozaustrojowego miały zgoła inny przebieg.
Tworzyły się teamy ludzi, którzy szczególnie się rozumieli i lubili ze sobą pracować. I dobrze. Nie było wtedy wrzasków na sali, rzucania narzędziami i nie tylko. Bo trzeba powiedzieć jasno, że żaden blok operacyjny to na pewno nie Wersal. No może jedynie ten, na którym używa się „ślimaczków”.
Po paru latach trzęsienie ziemi. Przyszedł nowy szef. Odszedł profesor, niech żyje profesor!
Poszerzony zakres operacji, przeszczepy serca, sztuczne komory. Stała współpraca z pogotowiem lotniczym. Nowe wyzwania. Szef dostępny na każde żądanie.
Profesor nienawidził odhumanizowania chorych. Na intensywnej terapii pielęgniarki posługiwały się numerami. Dziesiątka migocze, dorzuć dwójce 20 potasu, szóstce spada ciśnienie itp. Z punktu widzenia pielęgniarki było to zrozumiałe. Praca na intensywnej łączy się z koniecznością bardzo szybkiego reagowania. Jednak przemiana konkretnego człowieka w numer budzi sprzeciw i bardzo źle się kojarzy. Szef wymagał, aby na karcie obserwacji, która wisiała w nogach łóżka, umieszczać pisane dużą czcionką imię i nazwisko pacjenta. Zawsze zwracał się do chorego z szacunkiem, po nazwisku. Nie było na oddziale mówienia na „ty”.
Na dyżurach numerowanie odradzało się spontanicznie i telefon do dyżurnego „trójka się rozintubowała” był normą. Mimo wszystko ułatwiało to szybką komunikację.
Szef nie powinien być nijaki. Od czasu do czasu powinien wykonać coś szczególnego, co pokaże zespołowi jego wyjątkowość i ponadprzeciętne umiejętności. Proszony o pomoc zrobi to, czego w danym momencie nie udało się innym. Życie stwarza wiele takich okazji. Pamiętam, jak po godzinie nieudanych prób kaniulacji reoperowanego serca wezwałam profesora. Operował doświadczony chirurg. Szef przyjechał natychmiast, umył się do operacji, pomacał serce obiema dłońmi, przymknął oczy i w ciągu kilku sekund założył kaniule. Jak mag. Spytał grzecznie, czy może w czymś jeszcze pomóc i wyszedł. Dla szefa był to sprawdzian i dowód wyjątkowych umiejętności wynikających również z doświadczenia. Proszący o pomoc nigdy nie miał problemu z tym, że musiał poprosić szefa. Nie komentowało się tego w klinice. To było naturalne, że szef jest najlepszy. Szef miernota to nieszczęście. Prędzej czy później staje się obiektem żartów.
Chirurdzy utalentowani, posiadający niezbędną w tym zawodzie wyobraźnię przestrzenną i perfekcyjnie znający anatomię, byli szanowani i podziwiani. Anestezjolog obserwujący pracę różnych chirurgów prowadzi siłą rzeczy analizę porównawczą. Nie każdy chirurg to lubi.
Na oddziałach zabiegowych zdarza się mobbing. Degraduje on psychikę i doprowadza do rozpaczy, depresji i samobójstw. Najgorsze jest to, że często jest ukrywany, bo tworzy się tzw. gang mobbera złożony z ludzi szczerze lub z wyrachowania z nim zaprzyjaźnionych. Robią to często ze strachu przed staniem się obiektem zainteresowania mobbera. Sami czynnie nie szkodzą, ale ich obojętność może być tragiczna w skutkach. Cała sytuacja jest bardzo krzywdząca i niszcząca psychikę ofiary. W skrajnych przypadkach stwarza niebezpieczeństwo dla chorych. Anestezjolog jak saper myli się tylko raz. Chirurg ma trochę lepiej.
A co z muzyką?
Muzyka towarzyszyła mi w pracy od początku. Jest to chyba jedyna specjalność, której cały czas towarzyszy muzyka. Słuchana najpierw tylko z radia, taśm magnetofonowych, a później płyt CD. Wszędzie, gdzie pracowałam była obecna na sali operacyjnej. Jedni słuchali bez wyboru, co popadnie. Aby grało. Inni mieli wybrane audycje muzyczne. Niektórzy przynosili własne kasety i płyty. Muzyka nie była głośna, sączyła się cicho, tworząc tło. Niektórzy byli przywiązani do jednego wykonawcy lub stylu muzycznego. Mogli tego słuchać na okrągło. Oprócz solowych wykonawców królowała muzyka poważna i szanty. Coś w tym jest, że pierwszym lekarzem stosującym profesjonalnie muzykoterapię okołooperacyjną był anestezjolog dr Maciej Kierył ze Szpitala Kolejowego w Międzylesiu. Próbowano go naśladować, puszczając muzykę chorym znieczulanym przewodowo.
Byli też „cisi”, którzy żadnych dźwięków poza wydawanymi przez siebie i narzędzia chirurgiczne nie tolerowali. Nikt na sali spontanicznie się nie odzywał, jeśli to szeptem lub językiem migowym. Wszystkim robiło się lżej, jak „cichy” wychodził z sali i opuszczał blok operacyjny.
Śmieliśmy się, że chirurg musi się starać, aby nie puszczono mu pod koniec operacji jednej z piosenek Budki Suflera.
Obrazek 5.
Czterdzieści lat w anestezjologii i intensywnej terapii w okresie jej intensywnego rozwoju spowodowały specyficzne spojrzenie na człowieka. Olbrzymi szacunek do życia i codzienna obserwacja, że można je stracić w bardzo krótkim czasie.
Pan młody w dniu ślubu zaplamił spodnie lodami. Poszedł do garażu i wyczyścił spodnie płynem chemicznym. Nawdychał się toksycznych oparów, na drugi dzień już nie żył. Trzydziestoletnia dziewczyna z bólem brzucha. Rano zgłosiła się na izbę przyjęć. Wieczorem tego samego dnia umarła. Krwotoczna martwica trzustki. Młoda dziewczyna w trakcie parcia w drugim okresie porodu nagle zmarła. Sekcja zwłok – poprzecznie pęknięta aorta. Dziecko uratowano.
To tylko trzy zdarzenia dyżurowe, które pamięta się do końca życia. A było ich dziesiątki.
Przez długie lata anestezjologia i intensywna terapia były najbardziej usprzętowione. Moi nauczyciele zaczynali od „kapania” eteru. Kardiochirurdzy, aby ochłodzić ciało pacjenta zanurzali go, po wprowadzeniu do narkozy, w wannie z lodem. Po schłodzeniu chorego przekładano na stół operacyjny, gdzie w ściśle ustalonym czasie wykonywano np. korektę zastawki. Schłodzenie ciała chroniło mózg przed niedotlenieniem.
I w ciągu 20 lat wszystko się zmieniło. Sala operacyjna zaczęła pikać, świecić, alarmować. Stanowisko anestezjologa zaczęło przypominać kokpit samolotu. Co chwila pojawiała się nowa aparatura lub obecna już wcześniej, ale ulepszona. Aparaty do znieczulenia bezpieczne dla pacjenta z alarmami zawartości gazów anestetycznych, tlenu, ciśnienia i objętości.
Przez te 40 lat słabo znałam się na pigułkach. Za to leki w ampułkach nie stanowiły dla mnie tajemnicy. Dzięki temu nie miałam nigdy kontaktów z przedstawicielami firm farmaceutycznych nawiedzających regularnie „pigularzy”.
Moje dzieci śmiały się: jeżeli bije serce i człowiek oddycha, to dla mamy znaczy, że jest zdrowy. Pięcioletni syn pytany w przedszkolu, czym zajmuje się jego mama, zaczął tupać nogą i krzyczeć „oddychaj, oddychaj”.
Przez długie lata chirurg, w przeciwieństwie do anestezjologa, miał do dyspozycji nóż elektryczny, koagulację i ssak. Później olbrzymie zmiany pojawiły się w specjalizacjach zabiegowych, i mikroskopy, roboty operacyjne, rentgeny śródoperacyjne i inne aparaty pojawiły się na salach operacyjnych.
Natura ludzka jest często przewrotna. Jak czegoś mamy bardzo dużo, w nadmiarze, to zaczynamy pragnąć czegoś zupełnie przeciwnego. Wielu chirurgów było np. zapalonymi wędkarzami. Godziny w stresie na sali operacyjnej rekompensowali też godzinami wpatrywania się w spławik. Godzinami. Dla mnie to rodzaj medytacji na łonie natury, w zieleni. Ci wybitni, z którymi pracowałam, byli również małomówni.
I tak było ze mną. Przesycona przez dziesiątki lat codziennym stresem, pikającą aparaturą i alarmami, zaczęłam się interesować dawnymi, naturalnymi systemami leczniczymi. Wiem, że serca nie naprawimy ziołami. Jak jest potrzeba, to trzeba je zoperować. Można jednak stosować różne systemy medyczne, aby nie dopuścić do powstania problemów. Czyli profilaktyka. Każdy system, od tradycyjnej medycyny chińskiej, ajurwedy, po ziołolecznictwo i homeopatię, ma swoje sposoby i tajemnice niedostępne dla wszystkich. Ale w każdym z tych systemów, tak jak mówił ojciec medycyny Hipokrates, 70% powodzenia zależy od diety. Aby być zdrowym, człowiek musi się odpowiednio odżywiać. Wszelkie braki w tym względzie powodują powstanie nierównowagi, która prowadzi nieuchronnie do chorób.
I tak z „kokpitu” statku powietrznego trafiłam do dietetyki.
W czasach, kiedy studiowałam medycynę nie było ani jednego wykładu na temat żywienia. Anestezjolodzy i intensywiści zaczęli zgłębiać to zagadnienie w kontekście żywienia pozajelitowego stosowanego pierwotnie na oddziałach chirurgicznych u pacjentów po operacjach na przewodzie pokarmowym. Przez długie lata jedynym płynem odżywczym była 5 lub 10% glukoza. Teraz żywienie pozajelitowe jest codziennością, zarówno w szpitalach, jak i w leczeniu domowym.
Stymulowana ciekawością i potrzebami dnia powszedniego skończyłam studia dzienne zaoczne z dietetyki na warszawskiej SGGW. Dodatkowe szkolenia z różnych systemów medycyny wschodniej otworzyły nowe możliwości pomocy pacjentom.
Z roku na rok coraz więcej ludzi przekonuje się, że tabletki to nie wszystko. Tabletka nie zastąpi zmiany nawyków żywieniowych i wiedzy, co jest pożyteczne dla konkretnego organizmu, a co toksyczne. Dodatkowo, zdobycie wiedzy żywieniowej przez jednego członka rodziny skutkuje dobrą zmianą w żywieniu całej rodziny. I o to właśnie chodzi.
